• Autor : Anrisu wtorek, 30 maja 2017


    "Droga samotnego wędrowca jest pełna 

    niebezpieczeństw..."

    Prolog
    Tajemnicza osoba, z kapturem długiego płaszcza narzuconym na głowę, wkroczyła bezszelestnie do karczmy pełnej całkiem zwyczajnych osób, sączących w spokoju piwo i rozmawiających o nic nie znaczących dla ogółu sprawach. Miejsce to było idealne dla tego rodzaju spotkań, bo ceny alkoholu były niskie, a samo miejsce oferowało przestrzeń, swobodę i spokój. 
    Twarz nieznajomego ukryta była w cieniu nakrycia głowy. Szedł lekko przygarbiony. Krocząc ostrożnie po podłodze obitej deskami starał się nie zwracać na siebie szczególnej uwagi i poniekąd mu to wychodziło. Ludzie spoglądali na niego przelotnie, nie zawracając sobie głowy mężczyzną. 
    Podszedł do baru i poprosił o trzy butelki sake. Usłyszawszy to, barman zaniósł się śmiechem, co na szczęście nie zwróciło uwagi klientów. Uznawali to za część jego pracy.
    - Czyżby zapowiadała się większa biesiada? - spytał, wracając po dwóch minutach z dwiema butelkami. Nieznajomy nie odpowiedział. Ten mężczyzna nie miał pojęcia, z kim właśnie próbuje żartować. Barman w końcu postawił trzecią obok reszty. Zakapturzona postać rzuciła na blat pieniądze, wliczając w to spory napiwek. 
    - Niech Bóg będzie z Tobą, nieznajomy przybyszu - odrzekł rozbawiony barman i szybko zgarnął monety, spoglądając na oddalającego się wędrowca, który kierował się już w stronę wyjścia. Butelki schował do podziurawionej miejscami torby przewieszonej przez ramię. Nikt oczywiście nie odprowadził go wzrokiem, w końcu nie był ciekawą postacią.
    Wiatr strącił kaptur z głowy Yasua (w oryginalnej historii była taka odmiana, więc zostawiam), ukazując jego zmęczoną twarz. Jej rysy z pewnością nie były łagodne, ale również nie zaliczały się do ostrych. Badawcze spojrzenie brązowych oczu spoglądało na świat z uwagą i ciekawością. Jego twarz pokrywał parodniowy zarost, a  przez nos przebiegała nieduża, lekko oszpecająca całość blizna. Długie, bujne, kasztanowe włosy związane miał w wysoki koński ogon. Wojownik mógł śmiało uchodzić za przystojnego, jednak pokazanie się ludziom bez czegoś, co zakrywałoby jego twarz, oznaczałoby poważne kłopoty. Już przez długi czas był ścigany za morderstwo, którego nie dokonał. Nikt jednak nie wierzył jego słowom, a wszystkie dowody zbrodni wskazywały jednoznacznie na niego. 
    Yasuo uwielbiał alkohol i tylko on potrafił rozwiewać jego myśli, nieustannie krążące wokół jednej rzeczy - kto zniszczył jego życie.
    Jego kroki tłumiła gęsta trawa, kiedy przemierzał drogę do miejsca, w którym mógł w spokoju odpocząć. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Miał tylko nadzieję, że nikt go nie dostrzeże, bo nie miał ochoty odpędzać się od kolejnych mieszkańców Ioni, pragnących pieniędzy za jego głowę.
    Zszedł po stromym zboczu do doliny, w której spokojnie płynęła rzeka. Schował się za pobliskim rozłożystym drzewem i zrzucił torbę na ziemię. Dzień był niezwykle ciepły. Ptaki wygrywały swoje melodie, a wiatr - nieprzerwany wędrowiec, którego podróż nigdy się nie kończy - powiewał delikatnie, poruszając liśćmi rosnących na wysokich drzewach. 
    Yasuo uznał, że to idealna pora na odprężenie się po długiej wędrówce. Wyciągnął z torby swój ulubiony flet, przyłożył go do ust i począł na nim grać, wyobrażając sobie, że melodia wypełnia całe jego ciało, a wyryte w pamięci nuty tańczą w takt muzyki. Już po chwili wzmógł się niewyczuwalny do tej pory wiatr. W koronach drzew zapanowała cisza, liście ani drgały. Wydawało się, że Yasuo potrafił zapanować nad nieokiełznanym żywiołem, kiedy skupiony wygrywał kolejne nuty na flecie. Trawa tańczyła wokół niego, a on nie przerywał swojego koncertu. Nawet okoliczne ptaki umilkły, żeby wysłuchać jego muzyki. Przed oczami Pokutnika widniały twarze tych wszystkich osób, które tak pragnęły jego śmierci. Nieszczęśni głupcy odeszli do tamtego świata, kiedy zmuszony był walczyć z nimi o swoje życie. Wystarczyło jedno cięcie lśniącego ostrza miecza, który przewieszony był przez jego prawy bok. Krył się w pochwie zaczepionej na niebieskich, przewiewnych spodniach.
    Gdyby mógł cofnąć czas, jego życie z pewnością wyglądałoby inaczej. I Yone mógłby wędrować razem z nim, jak dawniej. W podobne, słoneczne dni...
    *
    Doskonale pamiętał tę noc. Rozgwieżdżone niebo było wolne od chmur, ciemność rozpraszał jedynie księżyc świecący nad jego głową wyjątkowo intensywnie, jakby zwiastował rychło nadchodzącą katastrofę. 
    Wiatr szeleścił liśćmi w koronach rozłożystych drzew, których w tej okolicy nie brakowało. Pokutnik jedną ręką przytrzymywał pochwę, a drugą trzymał rękojeść swojej broni, będąc w każdej chwili gotowym na odparcie ciosu stojącego niedaleko Yone. Mierzył on Yasuo badawczym spojrzeniem bystrych oczu, tak uderzająco podobnych do oczu wojownika panującego nad wiatrem. 
    Yasuo miał nadzieję, że do ich spotkania nie dojdzie do czasu, kiedy rozliczy się z mordercą starszego, który zniesławił jego imię. Przez którego musiał ciągle uciekać, a jego życie było zagrożone... Nie mógł spojrzeć swojemu bratu w oczy. Wiedział, że zobaczy w jego spojrzeniu pogardę... a może współczucie? Czy Yone mógł podejrzewać go o morderstwo? Przecież byli braćmi, łączyło ich pokrewieństwo krwi. Yasuo tak bardzo chciałby wytłumaczyć mu, że to nie on jest mordercą starszego. 

    *

       Bracia ukłonili się sobie, nie spuszczając się z oczu. Mięśnie Yasuo były napięte, czekając na pierwszy ruch Yone. Ten wydobył długą katanę z pochwy umiejscowionej przy boku i wystrzelił w kierunku Pokutnika. Spodziewał się takiej reakcji i zrobił zręczny unik.
    - Wybacz, bracie. Tak nakazuje mi kodeks honoru, nie mogę pozwolić ci odejść - odrzekł Yone, stojąc parę metrów dalej, odwrócony plecami do swojego brata. Yasuo poczuł ukłucie żalu w sercu. Nie był to jednak odpowiedni moment na rozmyślanie. Teraz jego brat był najgorszym z możliwych wrogów. 
    - Jeżeli to walka na śmierć i życie, to wiedz, że nie przegram - odpowiedział. 
       Yone ruszył z ostrzem w pogotowiu w stronę przeciwnika i wyskoczył w powietrze, szykując się do uderzenia z góry. Yasuo znowu zrobił unik, pozostawiając przed sobą świst miecza, który miał trafić jego ramię. Yone nie pozwolił mu jednak na kontratak, bo błyskawicznie wyprowadził kolejne ciosy... a właściwie próbował, bo Pokutnik skutecznie sparował silne uderzenia i odrzucił przeciwnika za pomocą wyzwolonej siły wiatru.
       Nie chciał walczyć z bratem, a już na pewno nie o życie. Nie życzył mu oczywiście takiego losu, ale czuł wyniszczającą, nieznaną siłę, kiedy sparował jego ataki. 
       Yone atakował z większą zaciekłością, a Yasuo w milczeniu wyprowadzał tylko ataki, które nie mogły zrobić mu krzywdy. 
    - Co ty robisz? - mruknął cicho wojownik, kiedy jego brat kolejny raz odparł cios z boku. 
    - Nie mogę z tobą walczyć. - Pokutnik w końcu odważył się spojrzeć w oczy swojemu przeciwnikowi. Zaskoczyło go, że nie ujrzał w nich wrogości. 

    Zostaw wiadomość